16: 55
07 marca 2010
kom
i tylko ten Oscar mnie interesuje. dla Instead of Abracadabra. krzyżuję kciuki. Wujku Oskarze, bardzo proszę!
a o samym filmie pisałam kiedyś tutaj...
21: 15
04 marca 2010
kom

23: 17
16 lutego 2010
kom
dokonałam ciekawego odkrycia.
niedawno B. dostał ode mnie książkę Topora. książka tytuł nosiła "Księżniczka Angina" (nie mylić z waginą). w Anginie roi się od stylistyczno - formalno - językowych patencików, których próbkę serwuję poniżej.
szczęśliwie złożyło się, że w CSW swoją retrospektywną wystawę ma (martwy już) człowiek o najtrudniejszym nazwisku w polskiej sztuce(?) - Dróżdż Stanisław.
dzięki temu odkryłam, że "Zapominanie" Dróżdża z 1967 roku jest łudząco podobne do "Ballady Amnezyjnej" Topora, również z 1967 roku.
nie twierdzę oczywiście, że jest to pewna namiastka plagiatu, być może to jedynie paralelna fascynacja "poezją konkretną"...
ale dla mnie w tym pojedynku wygrywa (zawsze) Topor. nawet nazwisko prowadzi 1:0
P.S. widziałam niesamowity film - Invention of Lying... zobaczcie jak to jest, gdy ludzie nie potrafią kłamać...
23: 00
08 lutego 2010
kom
Kochany Pamiętniczku!
Wróciłam z poznańskiej Ligatury.
Czyli z festiwalu kultury komiksowej. Do tej pory nie wierzę, że sam Belzebub zwiódł mnie tam, gdzie Peja mówi dobranoc. Wypiździewo to tal ne. W mieście o trudnej do okiełznania infrastrukturze, zgubiłam się dwa, a może trzy razy. W dniu wyjazdu na dworcu Śródmieście znalazłam telefon (obcego człowieka) i odniosłam go na policję. W ten oto sposób pierwszy raz zwiedzałam posterunek (lamus, co?) i śledziłam funkcjonowanie polskich organów ścigania od środka. A w środku chill, chociaż może bardziej out. Na moją prośbę "chciałabym oddać znaleziony telefon" Pan posterunkowy okazał kompletne zakłopotanie. Zaproponowałam zostawienie swoich danych, tak na wypadek (gdyby chciał się ze mną umówić - może tak to odebrał) i zgodził się. Nie miał też długopisu, ale jako porządna obywatelka zorganizowałam go szybciej niż posterunkowy powiedziałby "jedz te kurwa kurę".
Dodatkowym walorem wyjazdu była moja dieta białkowa, na której to jestem już ponad tydzień. Nie było łatwo siedzieć o herbacie, podczas gdy Gwiazdy polskiego komiksu pykały dymkami, kulinarnie szarżując zapiwszy wszystko piwem (tak, tak - pije kuba do jakuba, jakub do michała, pije jeden do drugiego kompanija cała ). Na szczęście mój wierny, niestrudzony kompan Hubert towarzyszył mi w niedoli i nadwrażliwości nikotynowej.
Jednak absolutnym hitem był jedyny (mój) posiłek w Poznaniu. Zezwoliłam sobie na obiad, ale pod jednym warunkiem, - że będzie to obiad u Bee Jay'sa. Chyba rozumiecie, że nie mogłam sobie odmówić? Ogólnie żarcie bardzo, bardzo średnie, więc średnio z minusem. Ale po raz ostatni zapytam, chyba rozumiecie dlaczego nie mogłam sobie odmówić posiłku u BJ?
Na absolutny koniec kilka zwariowanych foteczek...
P.S. mam kryzys wszystkiego. potrzebuję zmian. szybko doktorze!
16: 29
09 stycznia 2010
kom
W tematyce sylwestra - do dzisiaj odczuwam skutki nieprzespanej nocy.
Było bardzo miło.
Poznałam legion nowych, super odlotowych ludzi (tak! to jednak możliwe), dwa psy (kobietę i mężczyznę) zgubiłam buty (kilogramów niestety nie, Michał) i obśmiałam się po pachy (dzięki chopaki za "ej, a patrz to!) i za taniec z walizką).
Alkohol nie uderzył nam do głowy, ani innych części ciała.
Rano wszyscy razem poszliśmy do kościoła podziękować za udaną imprezę i tak nastał A.D. 2010 ... (oszukałam troszkę tutaj)
Mam garstkę planów na ten rok:
1) ogarnąć się
2) zakupić kamerę (by Sztybora wśród zwierząt filmować)
3) polecieć balonem
4) zobaczyć fiestę baloniarską albo jakiś balloons race... (to się ściśle wiąże z p.5)
5) odpocząć poza linią graniczną naszego kraju
6) zrobić wreszcie sesyjki foto (kto chętny?)
7) zorganizować wieeelkie wyjście na kręgle, jakiś turniej może (np."mini turniej świadków jehowy z mazowsza")
8) podjąć jakąś sensowną pracę -może zrobię film z Romanem, tak, tak - z Polańskim (handel mam już obcykany - kto kupi moją babcię?)
9) mniej zaniedbywać ludzi miłych
10) obejrzeć więcej dobrych filmów
11) częściej uczęszczać na akademię filmową
12) mieć więcej planów
13) lepiej plany realizować...
14) lepiej nie gadać
i na koniec bonus sylwestrowy:
19: 46
29 grudnia 2009
kom
gdyby ktoś w najbliższej przyszłości życzył sobie ode mnie szczęśliwego nowego roku, to bardzo proszę. śmiało.
może to naiwne, ale gdzieś tam czuję, że w nadchodzącym roku wiele się wydarzy. a jeśli nawet nie wiele, to i tak będzie to na tyle dużo, by mówić, że jednak "coś".
p.s. prace licencjacko pisze. nawet mi idzie. whoa!
17: 51
21 listopada 2009
kom
jednak nie uciekłam przeznaczeniu
ostatnimi czasy moim ulubionym serialem stał się tvn'owski "Naznaczony"(żart).
mój również ulubiony(nie żart) felietonista Stopklatki.pl - Bartosz z rodu Sztybor podziela moją fascynację, a ja podzielam jego zdanie o rzeczonej szmirce (zdrobnionko od szmiry). ale najpierw dwa słowa wprowadzenia dla ignorantów nie wyczekujących każdej środy, tak jak ja.
czyli kto nie ogląda, ten musi wiedzieć, że:
- Adamczyk nazywa się Tadek Krall i jest tytułowym naznaczonym (jest naznaczony(sic!) krwistą kalkomanią)
- zły duch (czy tez anioł przemiany - jak mawia mój ojciec) jest nazywany Nieznajomym, nosi się na czarno, nachodzi, niesie śmierć, wysysa z ludzi duszę, nie ma przed nim ucieczki i może troszkę śmierdzi(co mogą sugerować miny bohaterów, którzy spotykają go na swojej drodze) i ma tandetą lecące teksty w stylu "nie uciekniesz przeznaczeniu". co racja to racja.

czyli (kurwamać) jednak "nie uciekłam przeznaczeniu".
13: 17
07 listopada 2009
kom

czerstwy żart w czerstwej oprawie. wróciłam! :)
22: 02
08 października 2009
kom
"mfk'a mfk'a bardzo się fajnie zdobywa nagrody na mfk'a"...
ta stara góralska rymowanka, mimo, że stara i góralska to wciąż aktualna.
bardzo się fajnie zdobywa. wie o tym najlepiej bard stulecia, przyjaciel wszystkich(także starych i górali), tato chrzestny polskiego komiksu Sztybor Bartosz.
ten oto jegomość pomnożył dotychczasowy wynik swoich możliwości razy dwa... w rezultacie tego działania wyłoniły się (aż) cztery nagrody.
kogo nie było ten trąba. ale każda trąba może się także pośmiać oglądając film z gali finałowej. albo obczaić moją foto wersję w pigułce.

ale wypad na Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi to nie tylko Sztybor i komiksiki.
to przede wszystkim cudowna impreza z jeszcze cudowniejszymi ludźmi.
bez wazeliny i pomady (jestem świeżo po "Bracie gdzie jesteś?") przeprzyjemną odskocznią jest poznawanie nowych, spotykanie starych znajomych- czyli ludzi o dużym i dobrym poczuciu humoru, bystrych, a przede wszystkim CIEKAWYCH. także dzięki Kochani za miły czas w Waszym gronie- mam nadzieję, że do zobaczenia wcześniej niż za rok! a z tego miejsca całuski dla Wszystkich (tak, Wonder, dla Ciebie też).
a Wszystkim powiem..."CONGRATULATIONS!" (cytat z Pana Kropiwnickiego)
muszę(sic!) też powiedzieć, że od dzisiaj nawet (nawet) lubię muchy.
urocza, niema pierdółka prosto ze stajni Mroja Press, to właśnie Mucha w roli głównej.
Muchę stworzył Lewis Trondheim, z którym to wywiad będzie można przeczytać wkrótce w Machinie (za sprawą pióra Sztybora...).
fajne, fajne. czasami miło przeczytać coś, co nie angażuje(nie obciąża) psychicznie i pozwala na uśmiech. bo jak tu się nie uśmichnąć do muchy, co buty nosi?

P.S w Zamku Ujazdowskim(CSW) mini- wystawa włoskich futurystów. całkiem ciekawa, głównie plakatowa modła. tempery oprawione w złote ramy dają po gałach, ale fajnie dają. ekspozycja nawet też niezła...ale jak zwykle złe oświetlenie...kończymy dzień narzekania [czytał Tomasz Knapik].
22: 14
26 września 2009
kom
RETRO.
w ramach niedawno złożonej obietnicy- niespodzianki, ośmielam się przedstawić nowy kokowy cykl:
jest on symboliczną nostalgią za dzieciństwem, powrotem do praskich korzeni i jednocześnie hołdem dla współczesnego dizajnu, którego rozwój z pewnością nie byłby możliwy bez naklejek z bravo i klejów brokatowych.
dzisiejszy odcinek sponsoruje literka P jak PRZEPYCH i Ś jak ŚWINIA
kochane pamiętniczki będą pokazywały się raz na jakiś czas, dopóki się chłopaki nie skończą.
powyższy wpis jest doskonałą odpowiedzią na pytanie czy powinna istnieć architektura graficzna. wykonała go dla mnie Karola Grudzińska z użyciem wyżej nadmienionych klejów brokatowych. narysowała też dla mnie świnkę. ten rysunek zdecydowanie sponsorowała literka P.
Sponsor- Literka Ś
w tym wpisie pamiętnikowym mamy do czynienia z niebywałym rozplanowaniem terenu, delikatnym szkicem, odrobinką wazelinki i świnki. co ciekawe to już drugi wpis z dedykacją dla mnie ze świnią w tle...hm...przypadek? :]
koniec odcinka pierwszego ale ciąg dalszy nastąpi!
KARTON.
Krótką, a(r)cz treściwą relację z premiery/promocji nowego cartoonowego komiks magazynu wyrzeźbił Motyw (mi) drogi. Tam też można obczaić moje mini fotostory z przyjęcia. nie wykluczam, iż kiedyś pokuszę się o wrzucenie tu kilku zdań w tej zacnej sprawie. pozdrawiam Wszystkich Polaków i innych miłych ludzi, którzy przyszli do Kawangardy i zakupili Karton.
całuski z makiem kluski,
koka- właścicielka najbardziej brokatowych pamiętników w tym mieście(?).
21: 55
22 września 2009
kom

nieważne czy się znamy, czy nie znamy. bądźmy tam wszyscy.
wspólnie odbierzmy poród nowego komiksowego magazynu KARTON.
całusy i do zoba w czwartek o 18.00 na Wilczej 32!
22: 57
15 września 2009
kom
od dzisiaj oficjalnie jestem na trzecim roku. stało się. udało się. filozofia może mi już naskoczyć.
w nagrodę dostałam cieplutką - bo wczoraj wyjętą z Kayaxowego pieca, płytkie samej matki założycielki owej wytwórni. Kayah twarda jak skała jest. ale sama płyta raczej nie skałą, a trudnym do zgryzienia orzechem bywa. dużo tam motywików z pogranicza r'n'b, a spodziewałam się bardziej dżezujących nut. nic to. piękna okładka. piękna Kayah. piękna skała.
dalej. choćby skały srały nie idźcie na film Gigante, bo się po prostu posmarkacie z nudów. film może i nie jest zły, potencjalnie ciekawa historia(ochroniarz markietu zakochuje się w sprzątaczce) jest po prostu źle opowiedziana, nie ma tempa, rytmu i czegokolwiek co pozwoli Wam skupić uwagę na czymś innym niż zegarek. no nie wiem. szkoda.
polecam za to serdecznie Duże Zwierzę- film, który za darmo i bez podnoszenia się z krzesła można obczaić tutaj. pozwolę sobie powiedzieć, że dla mnie to jedno z największych odkryć w kinie polskim ostatnich lat. SERIO.
piękny plakat, co? film równie piękny! obejrzyjta, proszę!
Z ogłoszeń parafialnych- witamy na świecie Staszka Prochyrę!
Stasiu, fajny jesteś, wszyscy zazdrościmy Twoim rodzicom!
śliczną masz buzię, ładnie płaczesz i na pewno ładne kupki robisz (przynajmniej tak myślę). Ale nie martw się, to tylko przez jakiś czas. pomyśl sobie, że czasy się zmieniły i Rodzice na pewno nie ubiorą Cię tak jak mnie... 
czyli w różowy dres z napisem GUTEN MORGEN BERLIN. chyba, że bardzo będziesz tego chciał...
całusy, ciotka koka.
drugim ogłoszenio- wydarzeniem był ślub Marysi...i Maćka. ubawiliśmy się jak bobry. ksiądz miał dużo wigoru, żartu i testosteronu we krwi(Jezusa). Młodej Parze niech się wiedzie!
chwilowo znikam. wakacje w końcu. idę sobie odpocząć przed jutrzejszym dentystą. będzie fajnie. już to czuję. a i szykuję pewien cykl- niespodziankę... ha! zdradzę szczegóły niebawem... :)
ciao!
00: 16
20 sierpnia 2009
kom
no dobra. przerywam milczenie. wakacje się kończą, ciężko
żyje się z opcją, że być może były to ostatnie wakacje w moim życiu.
ale do rzeczy. porozmawiajmy o mnie.
od czasu ostatniej notki zadziało się nieco. byłam we Wrocławiu- mieście spotkań. na enhu tradycyjnie.
na miejscu objadłam brzucha, opatrzyłam oka i skleiłam pionę z Tomem Sysło.
zbyt wiele my nie pogadali, ale za to postrzelaliśmy kilka
foteczek(gdzie one są, gdzie są one???) w heliosie i popolecaliśmy i
poodradzaliśmy sobie różne filmowe twory. poznałam przy okazji
zjawiskowo piękną i uroczą małżonkę kolegi Sysło. było miło. krótko,
ale miło.
w ciągu ośmiu dni obejrzałam 31 filmów, w tym 25 pełnych dystansowców.
absolutnym odkryciem okazał się krótki metraż Szweda Patrika Eklunda o
malownicznym tytule Instead of Abracadabra, którego niestety tylko trailer Wam zapodam (choć absolutnie nie oddaje uroku abrykadabry). chciałabym robić takie filmy. o jak bym chciała ja.
fantastycznym odkryciem pełnometrażowym okazał się debiut
reżyserski(filmowy, bo toż to reżyserka teatralna) Marii Bloom o tytule
Fishy. absolutny geniusz
oddawania widzowi własnych uczuć pochodzących ze spiżarni wspomnień.
fajnie, że to spiżarnia uniwersalna. przypomina się dreszcz pierwszego
całusa, pocałunku, smyrania po ręce, zapachu albo innych drobnych
romantycznych okruszków. subtelne. znowu szwedzkie.
na więcej niż kilka słów zasługuje również "Król ping-ponga".
nie rozczarował mnie. dostałam dokładnie taki kawałek ciasta na jaki
liczyłam. palce lizać. kocham ten film. i ponownie "dobre, bo
szewdzkie".
o pozostałych filmach wartych wspomnienia(jak wspomniałam) jedynie wspomnę, gdyż nie
sposób męczyć Was "recenzjami" mojego autorstwa. zatem: koniecznie
obczajcie nowy film Ozona "Ricky"-
ale facet nawyprawiał, kupił mnie kompletnie(film kompletnie różny od
poprzednich) pokazując, że potrafi rzeźbić w każdym gatunku filmowym.
a następne cuda to:
- Pontypool
- Road Games z '81 roku z młodziutką Jamie Lee Curtis(niezłe nocne szaleństwo było, ubaw po pachy)
- Parque Via
- Machan-
wspaniała opowieść o reprezentacji Sri Lanki w piłce ręcznej, która
zakłada drużynę tylko po to by na legalu(podczas mistrzowst)czmychnąć
za granicę, co ciekawe, oparta na faktach - Białe szaleństwo (oryginalny tytuł "Nord"...)
mniejsze cuda:
- Stella
- Rumba wuefista z amnezją i anglistka bez nogi, czyli nauczycielska rumba. sympatyczne całkiem
- Zasada Dżucze Korea Północna w sosie śmieszno- strasznym. trochę się odbija
- Patric (o jak ozploitation)
smaku narobił jeszcze Georgy Palfi, który przywiózł prosto z Węgier
nieco pożywnych kąsków, będziemy śledzić tego reżysera, bo warto. spsuł
się natomiast słynny "aldomodovar". nie będę pisała dlaczego oprócz, że nudny był
jak nigdy.
podsumowując najlepiej podczas wyjazdu(oprócz czosnkowych bułeczek z
Almy i wszystkiego innego z Almy) spisał się Szwedzki Stół
(pozdrowienia dla babci Bartka).
podczas enh'a dowiedziałam się także o istnieniu Grupy Jakby Artystycznej Rześko, której to członek, Szanowny Jakub Kraciuk zachwyca przebojowym wokalem w jeszcze przebojowszym utworze o szalonym tytule "Każdy ma swoje ulubione danie". serdecznie polecam. obecnie to moja ulubiona piosenka.
no a co dalej. dalej kombinuję jak przebrnąć przez popraweczkie z
filozofii. trzeba będzie wznowić jazdy- prawo jazdy wzywa, inaczej
skończę jak McLovin...
myślę też jak obrobić bank żeby kupić wszystko co mi jest potrzebne.
wyszywam haftem krzyżykowym napisy do filmu(bo będzie film robiony
przez Sztybora, wreszcie!). skoro w temacie filmowym, Wojti Mozi również robi
film, jeśli chcesz w nim zagrać (a z pewnością chcesz), poproś go na stronę.
a ja, żeby nie było, że NIC nie robię, to napiszę, że: troszkie robię zdjęcia.
na koniec pochwalę się pięknym prezentem, który dostałam od
Bartolda(tak nazywał go dziadek, tak ten słynny dziadek z moich
poprzednich wpisów, aktualnie już dziadek świętej pamięci, który
nauczył mnie wiązać krawat i organizował mi zabawy na cmentarzu).

a już zupełnie na koniec, magiczne zaklęcie "zamiast abrakadabra"- chimay! i znikam.

ps. we Wrocławiu na Ruskiej przy Placu Solnym jest rewelacyjna kawiarenka Dwie Małpy. jak będziecie koniecznie wpadnijcie. przy okazji pozdrowienia dla Baristki Basi :)
18: 11
19 lipca 2009
kom
no bo "dorosnąć"...? do czego? żeby przejechać się najfajniejszą kolejką w Disneylandzie wystarczy 140 cm wzrostu. styknie mi więc.
pomyślałam też, że jeszcze mogę być każdym. i matką i ciotką i nauczycielem i scenarzystką i tancerką i barmanką i kaskaderką(?) i posłem i hodowcą winniczków i restauratorem i dyrektorem i piosenkarką i aktorką i kierowcą i reżyserem i fotografikiem i malarką i rzeźnikiem i zakonnicą i projektantką mody i wegetarianką i stylistką i grafikiem komputerowym i zawodowym kręglarzem i pisarką i kosmetyczką i charakteryzatorką i krawcową a nawet dentystką.
niestety pomyślałam także, że już nie mogę być baletnicą, olimpijczykiem, pianistką, papieżem, kosmonautą, pilotem i gołębiem pocztowym.
jaka mnie więc czeka przyszłość? o co chodzi i dlaczego? mam nadzieję, że dowiem się wkrótce albo chociaż kiedyś.

dialog "międzypaństwowy" powstał w konsekwencji zagłębiania się procedury wizowe do stanów. mieliśmy z Bartkiem takie marzenie, żeby ósmego grudnia 2010 roku być w nowym jorku. ósmego grudnia tegoż roku minie trzydzieści lat od śmierci naszego(a mojego na pewno) idola- Johna Lennona. takie mieliśmy marzenie. mieliśmy.
po przeczytaniu procedur wizowych, a raczej promesowych czuję się poniżona, zarówno jako osoba prywatna jak Polka i Europejka. i pieprzę całą amerykę, która do tej pory wydawała mi się "warta zachodu". minęły już czasy gdy podróż za ocean była prestiżem dla bogaczy (czyt. mających pieniądze). dziś każdego-po mniejszych/większych oszczędnościach stać na podróż do us&a, więc nie rozumiem całej tej komplikacji w przypadku wizy turystycznej.
oczywiście, że fantastycznie byłoby pojechać do Sundance, zobaczyć kaniony sroniony, parki, statuły, steki, frytki, pierdy mierdy, zrobić zakupy i zdjęcia, zabrać dupę i wrócić. ale ameryka, choć w kryzysie nie potrzebuje naszych złotówek, a raczej swoich dolarów. niech więc się wypcha, bo my wypychać jej na "takich" warunkach nawet nie zamierzamy.
p.s. spadajcie ze swoją tarczą na swoje wizy! siurasy jesteście i tyle.
14: 06
17 lipca 2009
kom
wczoraj było już trochę lepiej, aż do momentu spożycia kanapki- kamikadze uwaga uwaga-z pomidorem. tak. to było kamikadze. no może takie pół kamikadze, bo jeszcze jakoś dycham.
w spożywaniu z pewnością ratowałyby mnie dietetyczne kardamonowe
sucharki z IKEI(polecam zdrowym pobratymcom) gdyby nie fakt, że
a) aparat ortodontyczny uniemożliwia przegryzienie sucharków b) przegryzienie sucharków umożliwia zaś wypadnięcie szczęki, do czego pretenduję... za wszelkie rady w stylu "weź stoperan" z góry serdecznie dziękuję. powiem Wam, że "gówno" pomaga :) dosyć zwierzeń gastrycznych, teraz o kulturze. bo od młodzieży przecież powinno się wymagać kultury.
pamiętacie taką piosenkę o-o mo-gę wszy-stko! wszystko możliwe jest gdy tyyyy...? no jasne, że pamiętacie. a teraz coś co Was zaskoczy, a innych może nie... otóż Molęda to moje drugie ja. na dowód zamieszczam fotografię pochodzącą z tego okresu. przy okazji zaznaczam, iż wokalista L.O.27 Jakub Molęda wyraźnie stylizuje się w tym czasie na mnie. no dobrze pierwszy może i był Nick Carter. i to najpierw na niego stylizowałam się ja, a potem na mnie Kuba
Molęda (którego zresztą bardzo cenię, bo talenciak jest. zupełnie przy
okazji dodam, że moja nadzieja wciąż czeka aż Kuba napisze i obroni
pracę mgr i zacznie śpiewać publiczniej, bo jak jazzuje to aż miło...)

w dalszej części programu będę ubliżać w myślach telewizji polskiej. intensywnie myślę od wczoraj: dlaczego programy ciekawe, opiniotwórcze,
"misyjne", o walorach poznawczych są spychane w ramówce "na
jutro"(czyt. programy po 00:00)? dlaczego za TYLE kasy robi się
familiadę, taniec na zamarzniętej wodzie i czego najbardziej zrozumieć
nie mogę program pana Janowskiego o jakich tam melodiach, który trwa
już dwanaście sezonów-czytaj 12 LAT!!!
przecież to są gówna. a gówna powinny kosztować tyle, co składniki potrzebne do wypełnienia jelit.
plus ew. drobne na toaletę, żeby je wypróżnić. co za brunatne metafory! nie mogę się z tym pogodzić!
skąd mi się to wzięło? otóż wczoraj o godzinie 00.55(sic!), kiedy już
nawet Janowskiego nie ma w telewizji(a jest zawsze jak włączam tvp)
oglądałam fantastyczny dokument:
Czy świat oszalał? - Podglądanie Korei Północnej
po Pyongyangu Guy'a Delisle zaczęłam szerzej otwierać uszy na sytuację Północnej Korei.
(to dowód na to, że komiksiki edukują :)
film ze stajni National Geografic. został skręcony w 2007 roku, produkcja brytyjska. dokument jest od 12-go roku życia, tym bardziej nie rozumiem godziny emisji. film trwa 51 minut i bardzo warto go zobaczyć.
słuchajcie, to naprawdę jest kosmos. jadący tam leczyć niewidomych i chorych na zaćmę, lekarze, przemycają kamerę pod pretekstem dokumentacji zabiegowej. okazuje się, że aparatura medyczna wysokiej klasy(ofiarowana w darach przez Amerykanów) nie jest w ogóle używana. bo nikt nie potrafi jej obsługiwać. a nawet jeśli potrafi, to nie ma
takiej potrzeby(wielki przywódca wszystkich przecież uleczy). poza tym
nawet gdyby była, to i tak czasem nie ma prądu...albo po prostu czasem
jest..
zakrwawione, nieumyte i zaszlamione stoły operacyjne. kroplówki zrobione z butelek po piwie. dzieci wyglądające jak charciki włoskie. obozy koncentracyjne. obozy pracy. i Kim Dzong Il- największy odbiorca koniaczku Hennessy na ŚWIECIE! koneser filmów na dvd(zapewne na blu-rayu) mający w swej kolekcji 20.000 filmów światowych twórców- kinoman, nie? i największy, choć najmniejszy żyjący kutas świata.
na pytanie kierowane do niewidomej babci "co jest najgorsze w byciu niewidomym", odpowiada zięć. a odpowiada błyskawicznie i bez zastanowienia "oczywiście najgorsze
jest to, że nie może oglądać portretów ukochanego przywódcy". po czym
cała rodzina się wzrusza. po udanej operacji babcia zaczyna widzieć.
pada na twarz przed portretowym duetem Kimów i dziękuje mu za odzyskanie wzroku. następne tysiąc osób robi dokładnie to samo. jeden starszy pan, który również szczęśliwie odzyskał wzrok krzyczy w
stronę portretów, bije pokłony i deklaruje, że w tej chwili idzie do
wojska (po karabin) i zabije wszystkich Amerykanów, zupełnie
bagatelizując fakt, że właśnie Amerykanin przywrócił mu widzenie.
co ciekawe, Zachód jeździ do Korei by leczyć armię wroga. kręci bacik na własny tyłeczek. pytanie, po co to faktycznie robi? czy nie jest wygodniej, żeby Korea z głodu wymarła? żeby całkowicie straciła siłę, wykoleiła się i uschła? po co te humanitarne wyprawy? czy ktoś wierzy w efekty tej pomocy? po co więc? żeby nakręcić taki właśnie film dokumentalny? żeby pokazać czteropasmowe, puste, asfaltowe drogi? wychudzone dzieci? gigantyczne pomniki ukochanego przywódcy? albo
bajkowe osiedla atrapy(zupełnie jak z "Misia:", tyle, że nie z kartonu,
a betonu).
nie wiem, nie wiem, nie wiem. ale wiem jedno. musimy takie filmy oglądać, a telewizja, zwłaszcza "polska" ma obowiązek takie filmy pokazywać. i nie o pierwszej w nocy, kiedy wszyscy śpimy, bo rano musimy wstać i nakręcać kapitalizm. tylko w cywilizowanych porach, bo to cywilizowany kraj, który czasem
może chciałby pomyśleć i zastanowić się. ale tym razem nad pytaniem
innym niż "jaka to melodia?".
ogłoszenia parafialne:
1) Kasiu, jak się wyleczę to kawa!
2) Anito, jak się wyleczę to kawa!
3) KMH, jak się wyleczę to kręgle!
4) Huberciku, jak się wyleczę to kręgle i kawa!
5) Mapedzie, przepraszam, że mnie nie było, ale obiecuję, że będę kiedyś w Lublinie to Cię odwiedzę!
6) Wszystkich innych przepraszam za brak kontaktu. tak to jest jak choroba...poza tym po sesji trzeba odpocząć, a i praca w między czasie się przydarza...