końca dobiega moja Prowansja. nie odwiedziłam żadnego z planowanych miast (Cannes, Arles, Monte Carlo, Nicea, St Tropez), odwiedziłam masę miejsc, których nie planowałam (Roussillion, Avignon, Gordes, Gargas, Coustellet, Sault, Oppede, Lacoste, Aix-En-Provence i Marsylię). nie poleciałam balonem - bo najbliższy możliwy lot był 27-go lipca. jadłam za to escargots i cuisses de grenouilles. i oczywiście pieczywo, które faktycznie jest tu niekulawe.

owszem, kwitnąca tam i owam lawenda to niby wizytówka Prowansji, ale wcale nie ma jej tu tak dużo. trzeba się nieźle najedździć żeby ją znaleźć. albo po prostu wiedzieć gdzie jej szukać.
tyle o świeżej lawnedzie. teraz chwilę o suchej, albo sztucznej.
otóż tutaj lawenda lawendą lawendę pogania. w każdym sklepie suszona lawenda, obrusy z lawendowym motywem, magnesy, fioletowe pocztówki, mydła, naparstki, kubki i ręczniki. słowem - jest w s z ę d z i e.
aż dziw, że nie jest tu środkiem płatniczym...
 
ale do meritum. Boulangerie rzeczywiście są urocze i pełne astralnie zmysłowych doznań. odkyłam dzisiaj ciastko lawendowe i muszę powiedzieć, że jest przekozackie. dziwne, pyszne, maślane i lawendowe. co ciekawe - mimo wszystko nie fioletowe.

z bardziej odkrywczych spraw - poznałam dość dobitnie wspaniałe możliwości mojego instaxa fuji i efektami na pewno podzielę się po dokonaniu skanów po powrocie.
oraz
chyba polubiłam golfa (ale nie Volkswagena). jak wrócę zastanowię się nad tym jak bardzo go polubiłam i może coś z tym zrobię...
no bo wiem już co to green, fairway, par, wood i może nawet jeszcze coś... szkoda by ta wiedza marnowała się jedynie na teoretycznym polu (golfowym)... zawsze uważałam, że to nudny sport dla snobów. więc albo to nie tak, albo stałam się nudnym snobem.

idę spać. z fairwaya prosto na green. d o b r a n o c k i.




Name:

Komentarze: