ogólnie historia mojego dzieciństwa nie jest zbyt ciekawa. jak większość moich historii zresztą. jednak patrząc na nią przez pryzmat mojego warszawskiego dziadka występuje tak zwana "skucha".
skucha, bo z dziadkiem najwięcej czasu jako młokos spędziłam. i skucha, bo dziadek to kolorowy człowiek.
nie w sensie, że czarnuch czy coś. po prostu osobliwość.

jak nie wszyscy wiedzą-wychowałam się na warszawskiej Pradze Północ, natomiast dziadka wychowała wojna. ciężko powiedzieć gdzie dokładnie, jednak potem próbował wychowywać mojego ojca w okolicach Bródna, by potem wybić na Grochów(albo Gocław jeśli kto woli). także dziadek obyty. wojna, Bródno, Grochów i te sprawy.

autobus linii 135 codziennie podrzucał dziadka z jego apartamentu na czwartym piętrze bez windy, do mojego na dziewiątym piętrze z dwiema windami. czyli dla zorientowanych w topografii Warszawy-mniej więcej z Ostrobramskiej do Ronda Starzyńskiego. niestety dziadek bardzo lubił jeździć tez swoim autem. co niejednokrotnie udowadniał przyjeżdżając po mnie pod szkołę (wówczas wczesno podstawową) swoim wozem. przeważnie wtedy gubiłam niespodziewanie worek z kapciami, musiałam siusiu, albo ubierałam się długo pozorując awarię suwaka. chodziło o to, by poczekać aż szkolna szatnia zupełnie się opróżni. bo przed szkołą stał trabant. trabant, a w nim dziadek w kapeluszu. jeżeli już udało mi się bezpiecznie i niepostrzeżenie wskoczyć na tylne siedzenie, zsuwałam się odpowiednio, by mijając przechodniów widoczny był co najwyżej czubek mojej głowy. potwornie nie lubiłam tego wozu. ile stresów będąc dzieckiem przez niego przeszłam. ale pamiętam też pozytywy trabiego.

na przykład, kiedy to dziadek przyjeżdżał mnie niańczyć, z powodu mojej awersji do przedszkola, wsiadaliśmy w trabanta i jechaliśmy na cmentarz bródnowski. dziadek miał tam mnóstwo znajomych. zarówno wśród leżących, jak i chodzących. ale dlaczego pamiętam coś pozytywnego o trabancie? otóż w bagażniku zawsze oprócz szpachelek* i innych cmentarnych sprzętów, znajdywało się miejsce dla mojego rowerka. także dziadek brykał po grobach, a ja szusowałam alejkami, ćwicząc w ten sposób naukę alfabetu i cyferek, bo przecież alejki właśnie tak są znaczone. raz nawet się zgubiłam, ale na szczęście mieliśmy umówiony czekpoint. był nim grób mojego pradziadka, przy którym stał słupek, pomalowany przez dziadka(a jakże) na niebiesko(co za cmentarna awangarda!). także tak.

w sumie wychowałam się częściowo na cmentarzu, może to dzięki temu mam w sobie całkiem niekulawe pokłady brunatnego humoru...

ale do rzeczy, trabant. dziadek dziś ma 81 lat, za sobą 55 lat małżeństwa i na koncie 3 trabanty. to się nazywa klient wierny marce. ostatni trabant jest moim rówieśnikiem. i ciągle jeździ. wprawdzie tylko w niedziele i tylko do kościoła, ale to zawsze jakiś ruch dla obu staruszków.
swoją drogą(!) dziadek nie powinien już jeździć.
nie wiem jak on wciska hamulec, bo nie ma już nawet siły na zejście z tego swojego czwartego piętra bez windy. w każdym razie śmiertelny dyskomfort z jazdy trabantem, strach przed ośmieszeniem się w oczach koleżanek i kolegów ze szkolnej ławy, dziś zwyciężył sentyment i sympatia do kartonowej namiastki motoryzacji.



*dziadek zeskrobywał szpachelką z grobów rozlaną parafinę, by w domu niczym we własnym zakładzie, przetapiać wosk i ponownie robić z niego znicze. kiedyś mówilibyśmy na to dziadostwo połączone ze skąpstwem. dziś jest to ekologia z recyclingiem.




Name:

Komentarze:

29.01.2009, 22:47 :: 77.253.52.124
stripped-me
w sumie w czerni mi bardziej do twarzy

29.01.2009, 21:58 :: 83.21.224.139
kilogram.
oczywiście, że rozumiem to, ile mam szczęścia.
ale można to porównać do innych rzeczy. {chociaż to nie to samo oczywiście}
ale pomimo to wolę na przekór sobie nie wpychać w siebie jedzenia. to nie daje mi szczęścia. każdy musi znaleźć 'swój świat'.

29.01.2009, 21:48 :: 83.21.224.139
kilogram.ownlog.com
to prawda, kiedyś było przyjemnośćią.
teraz jest już tylko przez sekundę, kiedy czuję smak. chwilę później zalewają mnie wyrzuty sumienia i inne złości.